Sklep górski e-pamir - internetowy sklep turystyczny
Facebook Opineo

Podróż do serca Islandii - szlaki Laugavegur i Fimmvörðuháls

2020-02-27
Podróż do serca Islandii - szlaki Laugavegur i Fimmvörðuháls
Laugavegur to najsłynniejszy szlak długodystansowy na południu Islandii. Wraz z Fimmvörðuháls to ponad 80 kilometrów wędrówki. Tęczowe góry, lodowce, pustynie lawowe – wszystko to można zobaczyć na trasie. Wyruszyłem samotnie w kierunku serca wyspy. Łapałem stopa, nauczyłem się zmieniać koło w aucie, relaksowałem się w gorących źródłach.

Mam na imię Jędrek. Będę dzisiaj waszym przewodnikiem! :)

Na Islandii spędziłem ponad cztery miesiące. Pracowałem starając się odrobić finansowo. Chciałem złapać balans pomiędzy obowiązkami, a podróżami. Żyjąc w tak pięknym miejscu wykorzystywałem każdą wolną chwilę na przebywanie wśród natury. Dawało mi to ogromny spokój i poczucie przestrzeni. Dokładnie tego było mi trzeba! Jakiś czas wcześniej odbyłem intensywną podróż po Ameryce Południowej. Potrzebowałem czasu, by przetrawić pewne sytuacje i zrozumieć siebie na nowo. Czułem, że moje życie to porozrzucane puzzle. Islandia pozwoliła mi ułożyć je na nowo. O weekendowych wyprawach, przemyśleniach i o samej pracy na Islandii opowiem w przyszłym poście. Póki co kilka słów o tym, jak trafiłem na Laugavegur.



Dzień 1- Skogar - Morinsheiði, 18 km

Fimmvörðuháls to piękna nazwa przełęczy, która połamie niejeden język. Na szczęście szlak nie jest tak wymagający, jak islandzka wymowa. Początek szlaku wiedzie obok Skógafoss - sześćdziesięciometrowego wodospadu, który jest ikoną każdej wyprawy przez południe. Dotrzeć do niego można jadąc główną drogą objeżdżającą wyspę (Ring Road). Pierwszy odcinek szlaku nie bez powodu nazywany jest drogą wodospadów. Minąłem prawdopodobnie około 25 z nich. Pewności nie mam, gęsta mgła skutecznie uniemożliwiała podziwianie krajobrazów. Im mniej widziałem, tym bardziej odczuwałem na sobie ciekawskie spojrzenia. Ta część szlaku jest pod panowaniem złowrogich owieczek.  Jeśli wejdziesz na ich teren gapią się jakby chciały zapytać: „Co Ty tu robisz?”. Uważajcie na nie!



Czujne owieczki

Na szczęście owce przepuściły mnie bez większych problemów. Dotarłem do mostku. Wystarczy, że przez niego przeszedłem, a krajobraz zupełnie się zmienił. Dalej poruszam się szutrową drogą, oraz drobnymi ścieżkami usypanymi z wulkanicznego żwirku. Dotarłem do małej chatki Baldvinsskáli. Można tam uzupełnić zapasy wody pitnej, za którą trzeba słono zapłacić. Oparłem się pokusie i ruszyłem dalej. Kawałek dalej znalazłem wodę z pobliskiego, topniejącego lodowca. Zadowolony z oszczędności i zaradności dotarłem do przełęczy.

Fimmvörðuháls, leży pomiędzy dwoma wulkanami – Eyjafjallajökull, który wybuchł w 2010 oraz Katla leżącą pod lodowcem Mýrdalsjökull. Po przekroczeniu przełęczy szlak wiedzie na szczyty Magni i Modi. Ich nazwy nie są przypadkowe. Według mitologii takie imiona nosili synowie Thora.

Katla to jeden z najbardziej aktywnych wulkanów na Islandii. Od zasiedlenia wyspy, czyli od 870 roku wybuchał 20 razy. Ostatnia erupcja miała miejsce w 1918 roku. Aktualnie wyspa cieszy się najdłuższym okresem bez wybuchu Katli, ale obserwowana jest wzmożona aktywność tego wulkanu. Można spodziewać się więc wkrótce kolejnego kataklizmu. Konsekwencje na pewno będą odczuwalne. Powodzie lodowcowe, pył wulkaniczny paraliżujący ruch lotniczy, wyjałowienie ziemi... Podobno rząd Islandii jest przygotowany na takie okoliczności.


Dzień 2 Morinsheiði – Hvanngil, 35 km

Kolejny etap podróży był zaskakujący. Czekała mnie droga z Morinsheiði do Hvanngil. Na początek przeszedłem pomiędzy lodowcami. Kiedyś były połączone, jednak z racji cofania się już dawno zaczęła tworzyć osobne byty. Na Islandii zmiany klimatu można zaobserwować gołym okiem. Wszędzie natrafiałem na tablice, które pokazywały jak daleko sięgało czoło lodowca kilkanaście lat temu, a gdzie jest teraz. Skala jest niewyobrażalna. Najlepiej zobaczyć to na własne oczy.

Gdy ruszyłem dalej złapało mnie załamanie pogody. Nie zapowiadało się, żeby miało szybko przestać więc rozstawiłem namiot na kilka godzin, tak żeby przeczekać deszcz. To był świetny czas, żeby złapać coś do jedzenia i trochę się zdrzemnąć. Taka regeneracyjna przerwa jest doskonała przy długim trekkingu. Obudziłem się z widokiem na płaskowyż Morinsheiði. Doceniając chwilę sprzyjającej pogody ruszyłem dalej.

Dotarłem do tablicy informacyjnej „Powodzie lodowcowe”. To poważne zagrożenie, o którym trzeba pamiętać wędrując w tym rejonie. Jökulhlaup, bo tak nazywane są przez Islandczyków, mają różne przyczyny powstania. Trzęsienie ziemi, erozja czy lawiny mogą wywołać powódź, która zaleje cały region. Skalę żywiołu najlepiej widać na połamanym moście Skeiðará. To symbol potęgi takich powodzi.



Wciąż pełen sił, ominąłem bazę noclegową w Þórsmörk i postawiłem pierwszy krok na szlaku Laugavegur! Początek to lasy. Są skromne, ale robią wrażenie na kimś kto mieszkał kilka miesięcy bez kontaktu z drzewami.

Dalej na szlaku trzeba przekroczyć kilka rzek. Sprawiło mi to ogromną radość, przypominając przygody w północnej Szwecji, parku Narodowym Sarek (będziecie mogli już niebawem o nich przeczytać). Na drodze spotykam coraz więcej ludzi. Idą jednak z przeciwnej strony, która cieszy się większą popularnością. Zatrzymało mnie kolejne załamanie pogody. Na szczęście udało mi się je przewidzieć przez obserwacje portalu vedur.is (aktualna pogoda na Islandii). Polecam zapamiętać tą stronę. Przymusowy postój okazał się bardzo miły. Krótka drzemka w namiocie pozwoliła wyjść z tego suchą stopą. W końcu deszcz się uspokoił, a ja po chwili, suchutki spakowałem się w dalszą trasę.

Minąłem pierwsze schronisko i pole namiotowe na szlaku Laugavegur, które nazywa się Botnar. Nie daleko jest kanion Markarfljot. Ominąłem go, ale jest to idealne miejsce na nocleg. Dotarłem w końcu do wulkanicznej pustyni, która niesamowicie kontrastowała z soczyście zielonymi szczytami w oddali.


Camping i chatka

Zaczęło się robić płasko. Minąłem największą z przekraczanych rzek. Złapał mnie deszcz i już wiedziałem, że ze szlaku wrócę przesiąknięty Islandią. Nocleg znalazłem w chatce pasterskiej, w pobliżu campingu Hvanngil.

Ogromnym plusem i atrakcją tego szlaku jest długość dnia. Zwykle do końca lipca jest jasno przez cały dzień. Pod wieczór są momenty szarówki, ale wciąż można iść bez czołówki. Wykorzystywałem ten fakt i wędrowałem, dopóki nie potrzebowałem snu. Przed siebie, bez planu.


Mostek i mokre majtki

Dzień 3 Hvanngil- Landmannalaugar 28 km

Nie planowałem dystansu do przejścia na dany dzień. Szedłem swoim rytmem, ciesząc się każdym krokiem i różnorodnością na szlaku. Trafiłem w końcu nad jezioro Alftavatn, gdzie znajduję się baza noclegowa. Po szybkim drugim śniadaniu ruszyłem w górę. Znów przekroczyłem rzekę, a następnie wszedłem na przełęcz. Nagrodą był widok na ostatnio przebyte kilkanaście kilometrów. Z zupełnie innej perspektywy. W jednym momencie omiotłem wzrokiem odcinek, który zajął mi dwa dni. Zasłużyłem na odpoczynek. Przełęcz wydawał się do tego idealna, jednak spotkała mnie tam niemiła niespodzianka.



Wszędzie śmierdziało zgniłymi jajami! Dosłownie poczułem aktywność ziemi. Góry zaczęły zmieniać swój kolor z czarnego na żółty. Na szczęście zapach szybko minął. Przyspieszyłem i dotarłem do wielkich połaci śniegu. Szybko pojawiła się ostatnia chatka – Hrafntinnusker, oraz miejsce na camping. Postanowiłem jednak iść już bezpośrednio do Landmannalaugar. Skusiła mnie perspektywa wskoczenia do gorących źródełek! Po drodze minąłem słynne kolorowe góry. Wymęczony dotarłem na miejsce przed północą. Rozbiłem namiot i wylądowałem w ciepłej rzeczce. Trzeba dobrze wybrać miejsce! Temperatura jest tam różna w zależności od punktu, w którym się siedzi. Na miejscu mogłem cieszyć się towarzystwem innych turystów, którzy dopiero startowali.  Podawaliśmy sobie zasłużone piwko na styropianowych tackach. Impreza rozkręciła się na dobre. Największą radość czerpałem z najprostszych rzeczy.


Dzień 4  - Powrót co cywilizacji

Przeszedłem szlak. Normalnie powinienem spakować się w busa do Rejkjaviku za 9400 koron (300zł), jednak po porannej wizycie w gorących źródłach wiedziałem, że spróbuje złapać stopa. Obserwowałem pakujących się ludzi. Podszedłem do jednego z samochodów i opowiedziałem swoją historię. Wystarczyło kilka zdań i miałem zapewniony powrót w doborowym towarzystwie. Wracaliśmy drogą F. Tak oznaczane są trasy, które można pokonać jedynie mając samochód z napędem 4x4. Wyjaśniło to cenę biletu autobusowego J To nie koniec przygód. Po przedostaniu się przez interior złapaliśmy kapcia. Po raz pierwszy zmieniałem oponę. Kolejna rzecz poznana dzięki łapaniu stopa. Gdy szczęśliwe powróciliśmy do cywilizacji zamówiłem pizzę cztery sery. Moją ulubioną na Islandii! Podawana jest z dżemem żurawinowym i posypana kruszonką. Mniaaaam!


Szybki kurs wymiany koła...

Moja podróż dobiegła końca. Ze smutkiem pożegnałem się z wyspą, która znalazła szczególne miejsce w moim sercu. Z przyjemnością wracam wspomnieniami do pierwszego Islandzkiego trekkingu. Miło mi, że dotarliście do samego końca relacji z przejścia. To pierwszy tego typu artykuł w moim życiu. Przekazanie doświadczeń było wielkim wyzwaniem, które jest kolejnym krokiem na mojej drodze. Cieszę się, że mogłem podzielić się tym z Tobą i mam nadzieję, że moje przygody przydadzą się też podczas Twojej wyprawy. Do następnego!

Jędrzej Zegarek

Wszystkie zdjęcia ilustrujące tekst pochodzą ze zbiorów własnych.
Pokaż więcej wpisów z Luty 2020
Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką dotyczącą cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do cookie w Twojej przeglądarce.
Zamknij
pixel