Sklep górski e-pamir - internetowy sklep turystyczny
Facebook Opineo

Plata - Twój pierwszy 6-tysięcznik!

2020-03-31
Plata - Twój pierwszy 6-tysięcznik!
Zamierzam zabrać Was do Ameryki Południowej. Dokładnie pomiędzy granice Chile z Argentyną, gdzie wyrasta potężny łańcuch górski zwany Andami. To tutaj odnalazłem swój kolejny szczyt i to tutaj przeżyłem swoją przygodę z wysokimi górami.  Tydzień ekspedycji w dolinie Vallecitos ukazał mi nowy wgląd na życie w górach. Stałem się częścią jej krajobrazu. Walcząc o aklimatyzacje popijałem Yerba Mate z lokalnymi przyjaciółmi. Goniłem wzrokiem szybujące kondory. Pokonywałem własne limity i doświadczałem chwil zapierających dech w piersiach (nie tylko ze względu na wysokość).

Nazywam się Jędrek i cieszę się że mogę być tu z Wami.


Posłuchajcie muzyki prosto z And i wczujcie się w klimat tej opowieści.  Dokładnie w ten sposób zacząłem spełniać moje odległe marzenia o Ameryce Południowej. Czytałem książki, artykuły o tamtych rejonach, chodziłem na prelekcje z wypraw oraz słuchałem tych oto kawałków przeglądając mapę, gdzie by tu pojechać. Pisząc ten post przypominają mi się te piękne czasy przygotowań. Nie ma co dłużej czekać, ruszajmy!



Srebrny Sznur

Cordon del Plata, można przetłumaczyć na język Polski jako srebrny sznur. W sumie pasuje, bo już z Mendozy widać linię śniegu na wierzchołkach masywu. Wizyta w tym miejscu może być przepustką w wysokie góry. Dla mnie tak właśnie było. W miarę łatwy dojazd, brak potrzeby zezwoleń, przyjemna możliwość aklimatyzacji w obozach pośrednich i niskie wymagania umiejętności technicznych sprowadza tutaj wielu górskich fanów. Najwyższy szczyt Plata sięga 5968m n.p.m, pomimo że brakuje mu kilku metrów często promowany jest jako „Twój pierwszy 6-tysięcznik”. Poza ikoną doliny są tu też inne ciekawe szczyty Vertientes (5470m npm) i Rincon (5364m npm). Z tych wierzchołków można dostrzec giganty, góry pnące się powyżej granicy 6000m z których najbardziej rozpoznawalnym jest Aconcagua, najwyższy szczyt Ameryki Południowej. Pojawienie się w dolinie Vallecitos dla wielu jest ostatecznym testem przed konfrontacją z Anką, widziałem tutaj wiele ekip aklimatyzujących się przed podjęciem tego wyzwania. To świetny pomysł ze względu na ograniczony czas zezwoleń w parku Aconcagui (20dni). Zdecydowanie zwiększy to szanse na zdobycie szczytu.

Inspiracją do pojawienia się w tym miejscu, było sprawdzenie siebie na takiej wysokości. Chciałem obserwować mój organizm i doświadczyć czegoś nowego. Z innej perspektywy spojrzeć na świat. Złapać przestrzeń. Ujrzeć Aconcague. Poznać jak wygląda turystyka wysokogórska w Argentynie. Dodatkową motywacją byli poznani ludzie w Mendozie. Dzięki aplikacji couchsurfing poznałem rodzinkę Nacho. Zdecydowaliśmy się pojechać wspólnie do doliny Vallecitos i zdobyć szczyt Franke (4874m). Ułatwiło to dotarcie na miejsce i stworzyło możliwość zawarcia nowych przyjaźni.


Wysokość, aklimatyzacja i przygody ze sprzętem

Największym wyzwaniem zdobycia Platy jest wysokość. W okolicy 6000 metrów, w powietrzu mamy połowę ilości tlenu w porównaniu z poziomem morza. Kluczem do sukcesu jest zatem odpowiednia aklimatyzacja. Jednak to dopiero początek. Nasze plany mogą zostać pokrzyżowane przez silny wiatr i załamania pogody. Base Camp El Salto (4300m) słynie z tego, że lubi połamać namioty. Do tego od przełęczy na 5000 m, przestajemy być osłonięci górą, więc odczuwalna temperatura mocno spada. Jak to często bywa w wysokich górach, trzeba się wstrzelić w okno pogodowe.

Dla mnie największą barierą podczas wejścia na ten szczyt był zakup odpowiedniego ekwipunku. Po pierwsze namiot. Musiałem zapakować odpowiedni domek, który nie zostanie zburzony. Do tego użyłem lokalnej firmy Chilijskiej pod nazwą Doite. Dwuosobowy namiot można dostać w cenie 800-1000 zł. W Andach, przeważnie nie używa się śledzi. Do mocowania namiotów używa się kamieni, które kładzie się na fartuchy namiotu. Nie wiedziałem o tym, więc bez sensu nosiłem ze sobą komplet szpilek. Po drugie musiałem dokupić dodatkową ochronę na moje stopy. Posiadając buty bez botka, wiedziałem, że mogłoby to być ryzykowne, porywać się tak wysoko. Z powodu braku funduszy na nowe buty, po naradzie z przyjacielem zdecydowałem się kupić overbooty. Okazało się, że założenie ich jest większym wyzwaniem niż samo wejście na szczyt Platy! W każdym razie działały i myślę, że bez nich nie dałbym rady odnieść sukcesu. Jak już mówię o ekwipunku to może dodam coś o karimacie. Ze sobą miałem samopompującą matę, która towarzyszyła mi od ponad roku (Thermarest Neolight). Okazało się, że miejsca biwakowe są na kamieniach. To doprowadziło do ostatnich dni życia mojego ukochanego łóżka. Tak więc tutaj w Andach zabiera się zwykłą karimatę i ewentualnie dla wygodnych na to samopompującą karimatę. Jeśli chodzi o zakupy na miejscu, lepiej je robić po stronie Chilijskiej. Ceny sprzętu są dwa razy niższe niż te w Argentynie.

Dzień 1- Transport z Mendozy

Jak już wspominałem wybrałem się z poznanymi w Mendozie, znajomymi. Podjechaliśmy autem do doliny Vallecitos. Około dwie godziny jazdy od miasta. Można dostać się w to miejsce taksówką - kosztuje około 50 euro za 4 osoby. Spotkałem później grupę Polaków, którzy dojechali do pobliskiej wioski busem i przeszli pieszo 10 km by oszczędzić pieniądze. W drodze powrotnej, można zadzwonić po osobę z wioski by przyjechała po nas i zabrała z powrotem do cywilizacji.


Po drodze minęliśmy siedzibę strażników rezerwatu przyrody. To miejsce, gdzie trzeba zostawić kilka informacji. Wpisaliśmy, ile dni będziemy na miejscu i gdzie planujemy iść. W zamian dostaliśmy kilka wskazówek o pogodzie i o samej trasie. Dodatkowo strażnicy przekazali nam worki na fekalia. Używanie ich jest bardzo potrzebne, żeby chronić ekosystem tego terenu.

Pierwszą noc w dolinie Vallecitos warto spędzić w schronisku. Jest to dobry pomysł, bo nagle z 600 m n.p.m znaleźliśmy się na 2900m n.p.m. My jednak od razu udaliśmy się na szlak i pokonując 300 m przewyższenia znaleźliśmy się w pierwszym obozie zwanym Las Veguitas. Namioty rozbijaliśmy we mgle. Miejsce na camping jest otwarte. Znajduje się też tutaj toaleta, jednak to tylko zabudowana drewniana budka, bez dziury. Tam powinniśmy postawić nasz woreczek i uzupełnić, jeśli najdzie nas taka potrzeba. W pozostałych campingach nie ma już takich luksusów, trzeba znaleźć odpowiednio duży kamień by mieć chwilę prywatności i się za nim schować.



Dzień 2 - Aklimatyzacja

Drugi dzień poświęcamy na aklimatyzację. Musimy dać chwilę naszym organizmom na przystosowanie się do zmniejszenia stężenia tlenu w powietrzu. Wędrujemy kawałek wyżej do pośredniego obozu Piedra Grande i sprawdzamy część trasy prowadzącej na szczyt Frankie, który mamy zamiar zdobyć następnego dnia. W naszym obozie poznajemy nowych towarzyszy. Dowiedzieliśmy się, że dzień wcześniej nie byli w stanie zdobyć szczytu. Zagubili się we mgle i brakło im powietrza. Zaprosiliśmy ich do wspólnego podejścia nazajutrz. Położyliśmy się tuż po zachodzie słońca, bo kolejny dzień zaczynał się od wczesnej pobudki!


Nacho na Piedra Grande. W tle (po lewej) i Rincon (po prawej).

Dzień 3 - Wejście na Cerro del Franke!

Dwie godziny przed wschodem słońca ruszyliśmy grupą, wolnym tempem do góry. Sporym wyzwaniem było rozpoznanie szlaku. Nie jest on zbyt często uczęszczany.  Raz na jakiś czas można zobaczyć kopczyk kamieni. Na trasie spotkaliśmy kilka fałszywych wierzchołków które nie podbudowały naszych morale. Po 6 godzinach cała ekipa zameldowała się na Cerro del Frankie! To wyżej niż Mont Blanc! Zdziwiłem się, że osiągnięcie takiej wysokości było dość proste. Zero śniegu, brak mocnego wiatru i ekspozycji. W sumie to było aż za ciepło! Później podczas mojej podróży, gdy przekraczałem granicę Argentyny i Chile też mnie to zdziwiło. Tym razem podczas przeprawy samochodem, przez przełęcz Agua Negra wyjechaliśmy aż na 4780 m! Dzieciaki które jechały z nami po 5 minutach zaczęły wymiotować. Trzeba było zjeżdżać w dół. Po całym dniu, wykończony wylądowałem w namiocie. Musiałem odespać tę przygodę.


Wyszliśmy w nocy, w tle pierwsze promienie słońca w obozie Veguitas.


Połowa trasy na szczyt.

Dzień 4 - Przejście do campo del Salto

Kolejny dzień to trochę więcej wolności i opuszczenie grupy. Wyspałem się. Przeniosłem mój obóz do Salto de Agua (4350m). W tym miejscu jest dolny i górny camping. Wybieram ten wyższy ze względu na dobrą aklimatyzacje. Również dlatego że bliżej było tam do wody pitnej. Poznałem nowych sąsiadów. Szybko się zakumplowaliśmy. Czekaliśmy aż nasze organizmy zaadaptują się na nowo do wysokości. Popijaliśmy yerba mate bez końca. Myślę, że to dzięki temu mogłem tak szybko dostosować się do panujących warunków. Każdy opowiedział swoją historię. Dobrze było posłuchać skąd się tutaj wzięliśmy. Okazało się, że ekipa obok korzystała z osiołków, które wniosły im pyszności w niebieskich beczkach. O takiej uczcie można jedynie pomarzyć będąc z dala od cywilizacji. Obserwując prognozy widziałem, że zbliża się załamanie pogody. Miałem dwa lub trzy dni, zdecydowałem więc skrócić przygotowania i ruszyć z próbą zdobycia Platy. Noc nie była dla mnie najlepsza. Moja samopompująca mata zniszczyła się przez ostre, kamienne podłoże. Byłem zmuszony spać w połowie na plecaku, a w połowie na ziemi. Dobrze, że to była krótka noc.


Wizyta u sąsiadów. Popijamy mate by się zaaklimatyzować.

Dzień 5 - Atak Szczytowy

Dwie godziny przed tym jak wstał dzień, byłem już gotowy by ruszyć na szczyt. Po drodze minąłem ostatni camping na trasie, La Hoyada na wysokości 4700m. O wschodzie słońca znalazłem się już przed przełęczą, która jest na wysokości 5000 m. Odpocząłem pół godziny, obserwując zmieniające się kolory i jedząc śniadanko. Dosiadła się do mnie ekipa atakująca szczyt Veritentes. Zaczęło mocniej wiać. Założyłem moje overbooty i kolejną warstwę rękawiczek. Zaskoczył mnie brak śniegu i trekkingowe podejście do szczytu. Nie było sensu używać raków. Szedłem z kijkami pomału tracąc oddech. Zacząłem odczuwać wysokość. Nie znając swojego limitu, ciężko mi było określić, kiedy przestać i zawrócić. Czułem, że mam siłę, jednak zwiększyłem ilość oddechów na liczbę pokonanych kroków. Zadanie było proste – nie zatrzymywać się na długo. Chciałem skupić się na tym, że prędzej czy później ta góra musi się skończyć. Momentami chciałem odpuścić. Wtedy znalazłem się na szczycie. Wykończony wysiłkiem i spalony słońcem położyłem się na chwile. Ukryty od wiatru i słońca zdrzemnąłem się, gdy wstałem rozejrzałem się dookoła i zdałem sobie sprawę, gdzie jestem. W tle uśmiechała się Aconcagua. Po raz pierwszy podczas zdobycia szczytu poleciały mi łzy szczęścia. Wszystkie wysiłki skumulowały się dokładnie na ten moment. Oczyszczająca chwila, której nie jest się w stanie zaplanować. Tego wypatruje w mojej wędrówce przez życie, by zachłysnąć się jego głębią i dać się zaskakiwać.


Spotkanie na przełęczy.


Po 30 minutowej drzemce na szczycie czas na selfie.



Aconcagua wodzi na pokuszenie.

Połowa przygody była już za mną, trzeba było zacząć schodzić. Drogę w górę pokonałem w 5 godzin, a zejście zajęło mi dwie, z krótką przerwą na mate u sąsiadów, którzy zdążyli się przenieść już do La Hoyady. Planowo powinienem odespać atak szczytowy w namiocie, ale z racji tego, że miałem przebitą matę postanowiłem, że spakuje wszystko i zejdę na dół. Noc nastała mnie przy campingu Las Veguitas. Tam poznałem ludzi, którzy z rana jechali z powrotem do Mendozy. Powiedzieli, że chętnie zabiorą mnie ze sobą z powrotem do cywilizacji. Rozbiłem namiot i zasnąłem.

Dzień 6 - Powrót

Wyjechaliśmy wcześnie. Dostałem się do domu Nacho, gdzie świętowaliśmy nasz sukces wskakując do basenu, pijąc wino oraz fernet, grając w Osadników z Catanu i jedząc dulce de leche na potęgę! Z okien widziałem ośnieżony wierzchołek Plata.


Aconcagua?

Czułem się gotowy na kolejne przygody wysokogórskie. Wymarzona Aconcagua czekała w zasięgu ręki. Większość ekwipunku miałem ze sobą i chciałem spróbować wejść na ten szczyt samotnie, tak jak to zrobiłem w przypadku Platy.

Zatrzymały mnie formalności. Żeby atakować szczyt, trzeba mieć pozwolenie oraz uiścić opłatę. Skontaktowałem się z oddziałem parku narodowego Aconcagui. Okazało się, że żeby zapłacić wszystkie pieniądze musze mieć je w GOTÓWCE, dokładnie odliczone, w dolarach. Wcześniej myślałem, że zrobię im przelew i wystarczy. Zdeterminowany poszedłem wybrać fundusze. Prowizja 10%, możliwość wybrania jedynie w argentyńskich peso, które musiałbym przemienić na nowo na dolary. Już to było zniechęcające, a jeszcze do tego cała operacja musiałaby trwać 4 dni ze względu na limit w banku. Po pierwszym wybraniu poszedłem na kawę i zacząłem się zastanawiać, czy ta góra jest tego warta. Spojrzałem na tą sytuacje z innej perspektywy. Obliczyłem koszty i zyski. Nie kalkulowało mi się to więc zmieniłem mój szlak. Zdecydowałem odpuścić ten szczyt i powłóczyć się jeszcze jakiś czas pośród ukochanych klimatów Ameryki Południowej. Na pewno tutaj wrócę odwiedzić przyjaciół i porozmawiać z Panią Anką!

To była przyjemność wrócić myślami do przygód z drugiej strony globu. Pisząc dla Was ten post aż się sam zajarałem na kolejny wyjazd w te, czy inne strony! Uważajcie na to gdzie prowadzi Was wasze serce. Możecie skończyć na drugim końcu świata.

Do następnego!

Jędrek
Pokaż więcej wpisów z Marzec 2020
Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką dotyczącą cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do cookie w Twojej przeglądarce.
Zamknij
pixel